„Klient nasz pan” – czy zawsze?

Polacy znani są ze swojej gościnności. O naszej gościnnej naturze w swoich dziełach wspominali już Kochanowski, Sienkiewicz czy też Reymont. I tak pozostało aż do dziś.

Restauracje, karczmy czy zajazdy towarzyszą nam od zawsze. Chętnie je odwiedzamy, będąc w podróży, czy też poszukując chwili wytchnienia od codzienności w miłym towarzystwie. Zazwyczaj jest naprawdę sympatycznie.

Zastanawialiście się jednak, jak wygląda restauracja z drugiej strony? Jak to wygląda z perspektywy właściciela i zatrudnionej obsługi? Sprawa jest złożona. Od dawien dawna pokutuje u nas przekonanie, iż „klient nasz pan” i wszystko mu wolno. Ale czy tak jest naprawdę? Czy musimy się na to godzić? Zdecydowanie nie! Po pierwsze należy zacząć od klientów, którzy szczerze mówiąc nie przynoszą nam wiele pożytku, a w zamian wymagają najwięcej ze wszystkich. Nie mówimy oczywiście o żadnych drastycznych środkach, wystosowanych w celu pozbycia się takich osobników z naszego otoczenia. Należy po prostu w grzeczny, acz stanowczy sposób dać im do zrozumienia, że nie są pępkiem świata, przynajmniej w naszym mniemaniu, i że na głowę wejść sobie nie pozwolimy. Należy to zrobić w sposób bardzo dyplomatyczny, gdyż wyrażając swoje niezadowolenie mogliby nam przysporzyć wielu kłopotów. Drugą grupą klientów są ci, na których uznaniu zależy nam bardzo, i których zadowolenie może nam przynieść wymierne korzyści. Taki klient musi zobaczyć nasze zaangażowanie, jednak bez przesady. Nie wychodźmy z inicjatywą za każdym razem, gdy spotkamy taką osobę. Odrobina taktu potrafi zdziałać naprawdę wiele. Do takiego klienta powinniśmy podejść bardziej „psychologicznie”. Przemyśleć strategię i realizować ją w sposób dyskretny, aczkolwiek konkretny. Jeśli klient, na którym nam zależy nie należy do osób kulturalnych i okazuje to na każdym kroku, musimy uzbroić się w sporą dawkę cierpliwości, przeczekać atak lub delikatnie zwrócić mu uwagę, iż przesadza i z powrotem przejść do meritum.